Ja teraz cholernie potrzebuję czyjejkolwiek obecności. Niech ze mną nie rozmawia. Ma po prostu być. Siedzieć koło mnie i obserwować gdybym chciała zrobić coś głupiego. Muszę czuć tą obecność, choć czasem nawet zapomnę, że ta osoba siedzi.
W nocy jest najgorzej, wtedy najbardziej potrzebuję jakiegoś człowieka. Najlepiej Mojego mężczyznę, który otuli i powie, że będzie dobrze.
On jest moim pierdolony aniołem stróżem, i kurewsko mi na Nim zależy.
Budzę się, staram się normalnie funkcjonować. Wszystko z tej pierdolonej miłości.
Gdyby nie to uczucie, zdechłabym.
Nikt by nawet nie pamiętał, że istniałam.
Nie zawsze jest kolorowo.
Apokaliptyczna pandemia nienawiści
Ty zrodzony z macicy,
Ja z tchawicy.
Struny głosowe przebijasz,
łożyskiem.
Łapię oddech,
chwytam mięso w szpony.
Wydryluj mi wnętrzności,
wydryluj
je.
Szarp za włosy,
wszystko z miłości.
Pokrzyżowałem ci plany.
Syn błękitnych oczodołów,
Zakrwawionej baletnicy.
Złap mnie,
ugryź, przeżuj,
zniknij.
Ukryj smutek,
gorycz, żal.
Znajdź i schowaj
święty Graal.
Obietnicy pryśnie czar.
Spal go.
Spal.
M.

